środa, 22 lipca 2015
Sonda #2 - wyniki
Jednomyślnie zdecydowaliście, że w kolejnym rozdziale zdradzimy więcej o postaci Alexa. Kolejny rozdział już wkrótce :)
poniedziałek, 13 lipca 2015
Sonda #2
Głosujcie w sondzie do 20 lipca :)
W pierwszym rozdziale nakreśliłyśmy
kilka postaci. Którą z nich chcielibyście bliżej poznać w
kolejnym?
1) Agnes
2). Sandrę
3) Alexa
Rozdział 2: część II
Już rozumiem... Nie czuję bólu,
bo nie jest realny. Nie odbieram impulsów z własnego ciała, bo w
nim nie jestem. Wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.
Dziewczyna, którą widziałam na początku, to ja. Prawdziwa ja –
Ami. Nigdy nie przypuszczałam, że tak może wyglądać odbicie
mojej duszy. Widziałam każdego dnia w lustrze Amandę Samos, lecz
nie samą siebie. Amanda to dwie osoby zamknięte w jednej. Ten świat
musi być częścią mojej wyobraźni. To miejsce, w którym
egzystuję ja sama. Bez Andy. Skoro to mój umysł, to przywołanie
drzwi chyba nie powinno być problemem? Biorę głęboki wdech i
zamykam oczy. W skupieniu staram się nakreślić dokładny obraz
małej furtki. Jest fioletowoniebieska, jak moje nowo odkryte
pasemka, i ma mosiężne zawiasy. Pięknie zdobiona klamka wykończona
ornamentem chińskiego smoka pieczętuje moje mentalne dzieło. Nagle
mam wrażenie, że obrazek z moich myśli samodzielnie się wyostrza.
Tu i tam widzę cienie i drobne struktury, których sama nie
stworzyłam. Bije od niego taka energia, jak od promieniujących
życiem ścian. Otwieram oczy i pociągam za klamkę.
Czułam, jak frustracja wypełnia mi
umysł, jak mnie zaślepia, jak odbiera mi zdrowe zmysły. Wtedy nie
wytrzymałam i zaczęłam wrzeszczeć. Sama nie wiedziałam co. Po
prostu krzyczałam, próbując się nie rozpłakać. Złość i żal.
Wydzierałam się w tę pustkę, pokazując jej wszystkie swoje wonty
do świata, w szczególności do Ami. Bo to przecież ona mnie w to
wpakowała! Ona zaczęła walczyć, zaczęła się stawiać. Gdyby
nie ona, nie doszło by do tego!
Puszczam klamkę i odskakuję jak
oparzona. Impuls, który przed chwilą poczułam, dalej rozchodzi się
po całym moim ciele i boleśnie przeszywa wszystkie jego komórki.
To oznacza, że jest realny. Mam jednak wątpliwości – w końcu
sygnały ze świata zewnętrznego do tej pory tutaj nie dochodziły.
Moje myśli gonią jak zagubione pszczoły wygnane z rodzinnego ula.
Ściany rozbłyskują mieszaniną kolorów, bo już wiem, co powinnam
zrobić.
Kiedy stałam na środku klasy,
zapragnęłam być sama. Przejąć całkowitą kontrolę. Nigdy już
nie wypuścić Andy. Marzyłam o tym za każdym razem, kiedy zamykała
mnie w swoich sidłach, kiedy szpony jej umysłu trzymały mój w
ryzach i nie wypuszczały przez długie tygodnie. Gdy byłam
obserwatorem tego pięknego świata i chłonęłam każdy szczegół,
bo wiedziałam, że to nie potrwa długo, że znowu będę trwała w
stanie podobnym do snu, w którym mam do dyspozycji tylko własną
wyobraźnię, że znowu wena podszepnie mi pomysł na wiersz, którego
nie będę mogła spisać. Nigdy jednak nie spróbowałam się
bronić, nie mówiąc nawet o ataku. Aż do tamtej chwili. Tamten
dzień był inny. Dochodziły do mnie fragmenty rozmów Andy, co
wcześniej się nie zdarzało. Krótkie, ale wystarczyły, by
rozbudzić moją nadzieję. W pewnym momencie czara długo tamowanej
goryczy się przelała i zaczęłam walczyć. Popełniłam jednak
błąd. Usidliłam ją zbyt głęboko, dlatego sama zniknęłam.
Tylko dlaczego? Sporym niedomówieniem byłoby stwierdzenie, że Anda
nie stara się być specjalnie delikatna. Mimo to nigdy nie doszło
do czegoś podobnego. Nigdy. Coś poszło źle i muszę dowiedzieć
się co, zanim nieświadomie zrobię coś jeszcze gorszego. Ale
najpierw muszę ją znaleźć!
Wyrzucam z głowy wszystkie myśli, by
być w stanie podobnym do przebudzenia z długiego snu. Nietrudno mi
przywołać to uczucie. Dzieje się tak zawsze, gdy zamieniamy się z
Andą miejscami. I oto jest. Moje odbicie stoi naprzeciwko mnie,
jakby nie zniknęło całe wieki temu. Albo minuty – ciężko tu
oszacować czas. Teraz najważniejsze jest jednak skupienie. Powoli w
miejsce czarnych loków pojawiają się proste, lekko nastroszone,
ognistorude włosy. Ich długość sięga za łopatki, a każdy
kosmyk jest ostro ścięty. Zza ukośnej grzywki patrzą na mnie
jasnozielone oczy. Rysy twarzy mamy identyczne, choć u Andy gości
jej wiecznie niezadowolona mina. Zawsze tak ją sobie wyobrażałam,
a teraz stoimy naprzeciw siebie – siostrzane odbicia. Przykładam
rękę do gładkiej powierzchni lustra, która faluje pod moim
dotykiem. Ja i Anda, niczym dwie realne postaci stykamy się palcami.
To tak dziwne uczucie, że chcę je jak najszybciej zakończyć.
Robię duży krok w stronę falującej powierzchni i postaci stojącej
po drugiej stronie.
***
Następnego dnia miał być test z
majcy. Niby się uczyłam, ale po wydarzeniach z poprzedniego dnia
trudno było mi się pozbierać. Przynajmniej ta głupia Ami się nie
odzywała. Nie wiedziałam, gdzie się podziała, i bynajmniej mnie
to nie obchodziło. Klasa zachowywała się dziwnie i traktowali mnie
trochę jak odmieńca, ale to normalne u takich łosiów. Miałam
pełną kontrolę. Odkąd się obudziłam, ta żmija ani razu nie
weszła mi w drogę. Nawet nie pisnęła słówka, gdy ,,przypadkiem”
zniszczyłam jeden z jej ręcznie pisanych autorskich wierszy.
Wylałam na niego kubek kawy. Zdarza się. Miałam pełną kontrolę
i nikt nie mógł mi już kazać biec jak kretynce w ciemność.
Zdałam sprawdzian na trójkę.
Rozdział 2: część I
Otwieram zaciśnięte powieki.
Miejsce, w którym jestem, ciężko nazwać rzeczywistością. Wciąż
kręci mi się w głowie, a każda myśl dochodzi do mnie z oddali,
jakby docierały do mnie jedynie cienie mojej osoby. Podnoszę
zamglony wzrok i przede mną ukazuje się samotna postać.
Dziewczyna. Czy to ja? Twarz o porcelanowej cerze okalają długie
granatowo-czarne loki. Gdy przyglądam się tej fryzurze uważniej,
widzę gdzieniegdzie cieniutkie fioletowoniebieskie pasemka
eksponujące taki właśnie kolor tęczówek. Ja… Ja tak nie
wyglądam. Dziewczyna przede mną ma identyczne rysy twarzy, ale moje
włosy i oczy są brązowe... Prawda? Nerwowo dotykam pukla
opadającego na moje ramię i uważnie spoglądam na niego. Na jasnej
dłoni wyraźnie odznacza się czarna smuga, kolorem przypominająca
kruka z ilustracji w wielkiej księdze, którą musiałam kiedyś
kartkować. Chwileczkę! Książka, ilustracja... Strzępy
informacji, do których mam dostęp, łapię jak ulotne nitki babiego
lata i trzymam się ich kurczowo, by i tego nie stracić. Nazywam się
Amanda Samos. Mam szesnaście lat. Mieszkam
w Danlore... To wszystko. A raczej cała reszta jest pustką,
przestrzenią, niebytem. Gdy rozglądam się dookoła, przekonuję
się, że postać- odbicie zniknęła. Ciemna powierzchnia przede mną
zdawała się dusić w sobie kolory. Jakby skrywała jakiś sekret
czy informację, której nikt nie potrafi wydobyć. Musi ukazać ją
sama. Gdy pojawia się na niej pierwszy jasny punkcik, z dna mojej
pamięci wynurza się wspomnienie. Momentalnie powierzchnia zmienia
swoją barwę na ciemnoszarą. Ściana jest żałośnie odrapana, a
mnie zalewa uczucie smutku, bólu i straty.
Nie mogłam otworzyć oczu. Nie
miałam pojęcia, czy leżałam w karetce czy już na cmentarzu. Ale
jeśli okazałoby się, że jednak to drugie, z całą pewnością
byłaby to wina tej małpy. Ta cała Ami… jak ona w ogóle śmiała!?
Co ona sobie wyobrażała? Nie myślała. Ona w ogóle nie myślała.
Zresztą jak zwykle. Próbowałam się podnieść, próbowałam
zrobić cokolwiek, by udowodnić sobie, że ciągle żyję, ale po
kilku minutach, które równie dobrze mogły być nieskończonością
– odpuściłam.
Wspomnienia bombardują mnie niczym
pociski, a ja, przykładając dłonie do twarzy, próbuję utrzymać
się na nogach. Bezskutecznie. Opadam ciężko na kolana i biorę
kilka głębokich wdechów, by się uspokoić. Cokolwiek stało się
dzisiaj w klasie, miało związek ze mną i Andą. Na samą myśl, co
może się teraz dziać w szkole, robi mi się niedobrze. Wszystko
przeze mnie. Gdybym tylko siedziała cicho... Nie, nie mam czasu się
teraz zastanawiać: „co by było, gdyby”. Muszę znaleźć
wyjście. Wyjście z tego… no właśnie, co to jest? Dopiero teraz
uświadamiam sobie, że stoję na środku korytarza. Na tyle
wąskiego, że gdy rozkładam ramiona, dotykam łokciami równoległych
ścian. Niestety, nie potrafię zlokalizować wyjścia. Ale musi
gdzieś być! Ruszam biegiem i nie zważam na otarcia na rękach
pojawiające się za każdym razem, gdy zanadto zbliżam się do
ścian. Otaczające mnie wzory w najbardziej energetycznych
odcieniach złotego i pomarańczu zdają się podzielać mój zapał.
Nienawidziłam jej. Nienawidziłam
od samego początku. Wiedziałam, że doprowadzi nas do czegoś…
Sama nie wiedziałam, co to do cholery było. Jakaś pieprzona
pustka, w której się znalazłam, bez niczego co zasługiwałoby na
określenie „normalne”. Chciałam tylko znaleźć tą dziewuchę
i wygarnąć jej wszystko prosto w twarz. Nie mogłam pozbyć się
myśli, że ona wpakowała nas w to celowo. I wtedy zaczęłam biec.
Nie. Wtedy uświadomiłam sobie, że biegnę. Nie widziałam nic
przed sobą, więc zmierzałam w nicość. Najdziwniejsze w tym
wszystkim było to, że nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Po
prostu biegłam jak idiotka gdzieś przed siebie. Miałam nadzieję,
że jest jakiś cel, że coś tam będzie. Najwyraźniej ktoś
wiedział lepiej ode mnie. I miałam pewne przypuszczenia, kto to
mógł być.
Zatrzymuję
się. To bezcelowe. Nie mam poczucia czasu, ale wydaje mi się, że
biegnę straszliwie długo. Zdecydowanie zbyt długo. Miejsce, w
którym się znajduję, jest nieprzeniknione. Równie dobrze mogłabym
przebiec kilometry i nie ruszyć się z miejsca. Jedyną różnicą,
jaką potrafię zauważyć, są ściany, ale one od samego początku
żyły własnym życiem. Tym razem wyblakły, jakby cały zapał się
z nich ulotnił. To idealny obraz mojego wnętrza. Jestem jak mały
różowy balonik wypełniony dobrymi chęciami, który ktoś
przemalował markerem na czarno i przebił zdeptaną pinezką. Dalszy
bieg nie ma najmniejszego sensu. Opieram się o chłodną, wyblakłą
powierzchnię. Dziwi mnie, że potrafię odczuć chłód, w
przeciwieństwie do bólu i zmęczenia. Po tak długim biegu nie mam
nawet zadyszki. Moje łokcie przedstawiają bardzo przykry widok.
Wstrząsa mną dreszcz, lecz dalej czuję się tak, jakbym nie była
nawet draśnięta. Jakby te skrwawione manifesty nieuwagi należały
do kogoś innego.
Zatrzymałam się. W końcu! Boże,
ileż można biec bez celu prosto w czarną dziurę? Czy ta cała Ami
do reszty zdurniała, czy tak ma od samego początku? To było nie do
wytrzymania. Nie mogło do mnie dotrzeć, że od kogoś byłam
zależna. Zawsze starałam się być samodzielna, nie patrzeć na to,
co mówią mi inni i co mi doradzają. Byłam zmęczona. Siadłam na
tym czymś, czego nie można było nazwać ziemią i westchnęłam.
Co to do cholery było? Miałam dość. Miałam stanowczo dość.
niedziela, 5 lipca 2015
Sonda #1 - wyniki
W głosowaniu zadecydowaliście, że opiszemy opcję 1 - "W środku wąskiego, niekończącego się korytarza ze ścianami obrazującymi emocje". Otrzymała ona od Was równo 50 % głosów. Wersje 2 i 3 otrzymały odpowiednio 37 i 13% głosów. Dziękujemy za zaangażowanie! Kolejnego rozdziału oczekujcie już pod koniec przyszłego tygodnia :)
wtorek, 23 czerwca 2015
Sonda #1
I tak oto pierwszy rozdział dobiegł końca :) Głosujcie w sondzie do 3 lipca.
Gdzie
ma obudzić się Ami?
1)
W środku wąskiego, niekończącego się korytarza ze ścianami
obrazującymi emocje
2)
W mieście, w którym nikt jej nie widzi ani nie słyszy
3)
W osobliwym fantastycznym świecie przypominającym lądową rafę
koralową na kształt lasu tropikalnego
Rozdział 1: część II
Kolejna
lekcja to godzina wychowawcza. Ktoś, nie powiem kto, wpadł na
cudowny pomysł zadawania pytań nowym. Coś jak dręczenie
żółtodziobów w wojsku, tyle że ta masakra miała się odbyć w
szkole. Nasza wychowawczyni pozostawiała wiele do życzenia. Była
młoda i wyglądała, jakby była w siódmym niebie. To ona
najgłośniej zachwalała pomysł pytań. Ubrana w brązową spódnicę
kojarzyła mi się walniętą artystką.
Wszyscy napisali pytania na karteczkach i wrzucili do pudełka. Razem
z drugą nową miałyśmy je losować. Chociaż tyle – jak już się
miałam upokarzać, to przynajmniej w towarzystwie. Losowałyśmy po
trzy pytania. Tylko trzy... Musiałam dać radę!
–
Losujemy pytania! Sandra pierwsza.
Budzę
się z dziwnego transu. Dlaczego właśnie teraz? Patrzę, jak
różowowłosa odpowiada na niezręczne pytanie i stwierdzam, że
radzi sobie świetnie. Nic jej nie zaskakuje, jej odpowiedź
rozluźnia atmosferę. Umiejętność swobodnej komunikacji to jednak
zaleta... Kolory mieszają mi się przed oczami. Znowu...
,,Pamiętasz
jakieś krępujące sytuacje, w których się znalazłaś?”
–brzmiało pierwsze pytanie.
–
Ech... – westchnęłam – czy naprawdę muszę? – spytałam
nauczycielki, ale ona pokiwała głową z entuzjazmem godnym
najwierniejszego fana footballu. – Nooo więc... kiedyś, jak byłam
mała… nie pamiętam, ile miałam lat, może sześć... zgubiłam
górę od kostiumu kąpielowego na basenie i...
Na
sali rozległ się chichot, a zaraz potem klasa ryknęła śmiechem.
Chwileczkę...
Wspomnienie wyłania się z oceanu mgły. To była moja pierwsza
próba zjechania samodzielnie z największej zjeżdżalni. Pamiętam,
kiedy stałam na szczycie, a za sobą widziałam setki krętych
schodków. Ogarnął mnie wtedy strach, chciałam wrócić, ale
stopnie były tak śliskie i strome… Zamknęłam oczy i przywołałam
w myślach zapach perfum mamy, smak bułeczek cynamonowych i melodię
z mojej porcelanowej tancerki. Codziennie rano nakręcałam ją małym
kluczykiem, który nosiłam na szyi. Zupełnie o nim zapomniałam...
Zdjęłam go i oplotłam ciasno wokół ręki. Zacisnęłam pięści,
aż poczułam wbijające się paznokcie. Zdenerwowanie mnie opuściło.
Pierwszy raz w życiu przezwyciężyłam strach. To wspomnienie jest
dla mnie tak pozytywne, że ograniczenie go do rozwiązanego stroju
kąpielowego to degradowanie go do wakacyjnego przypadku. Nikt mnie
wtedy nie zobaczył, zorientowałam się od razu i szybko zawiązałam
trochę zbyt długie sznurki od stroju. Później często wspominałam
mój pierwszy przełom. Tamto wydarzenie jest dla mnie bardzo ważne,
takich rzeczy się nie opowiada pod publikę! To jak wyławianie
małży z głębokiej zatoki tylko po to, żeby odrzucić wnętrze z
perłą i zostawić żałosną odrapaną skorupkę. Mogła powiedzieć cokolwiek, ale nie to... Koniec. Przestaję się tylko
przyglądać. Zaczynam walczyć o siebie. Jeśli się postaram, może
uda mi się...
Nauczycielka
zaczęła machać ręką na klasę, starając się uciszyć kolejną
falę śmiechów po moim wyznaniu. To nie brzmiało najlepiej.
Człekokształtni łaskawie się w końcu uciszyli, a ja odwróciłam
się w stronę nauczycielki. Kręciło mi się w głowie. Chciałam
już usiąść.
„Jaki
jest twój ulubiony smak lodów?”
– drugie pytanie wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech.
Przypomina mi dzieciństwo. Wtedy miałam pełną kontrolę. Czułam
się czasem jak samotny rozbitek na bezludnej wyspie, ale byłam
szczęśliwa. Czas, który kojarzy mi się z jednym – słodkim jak
lody w mojej ulubionej kawiarni – słowem: wolność.
–
Mali…
–
Waniliowe! – wydusiłam w końcu. Zaczęło mnie mdlić
jeszcze bardziej. Co się znów ze mną działo? Byłam skrępowana.
Stałam na środku klasy, a wydawało mi się, że jestem gdzieś
indziej. Patrzyłam na tych ludzi i widziałam tylko rozmyte
sylwetki. Nie chciałam tracić kontroli. Nie w taki sposób i nie
wtedy. Tym razem nie pójdzie jej tak łatwo.
–
Masz jakąś ksywkę? – Usłyszałam z końca klasy.
–
Ami! – wydaję krótki, zduszony okrzyk. Nie poddam się, nie
poddam, nie...
–
Anda! – Klasa znów zaczęła ryczeć jak zwierzęta. Ale oni nie
mieli pojęcia, co się ze mną działo! Głowa zdawała się cięższa
niż była, powieki mi opadały, a to był dopiero początek listy.
Dlaczego akurat mnie to spotykało!?
–
Logiczne, Amando – powiedziała wychowawczyni, zamykając dziennik.
Widać było, że też dusi śmiech.
Biorę
duży haust powietrza i uśmiecham się. Wygrałam tą bitwę. Jestem
sama. Choć fizycznie czuję się, jakby ktoś pomylił moją głowę
z piłką do baseballa, moje ciało wypełniła pozytywna energia i
radość czysta jak górski strumyk. Uczucie zwycięstwa mnie
rozpiera. Zdobywam się na nieśmiały uśmiech i opowiadam o moim
zamiłowaniu do teatru i literatury pięknej, by rozdmuchać swoimi
słowami przygniatające nasze barki napięcie. Nigdy, przenigdy nie
spodziewałabym się po sobie tak wartkiego potoku niewymuszonych
słów. To jest teraz dla mnie tak proste, jak kiwnięcie palcem
wskazującym. Owa dziwna euforia, która ogarnęła mnie po
zdominowaniu Andy, prowadzi mnie płynnym, wręcz tanecznym krokiem
do ławki, z której cały czas obserwował mnie osłupiały Alex.
Puszczam oczko do Sandry i spoglądam w stronę Agnes. Posyła mi
całuska w powietrzu. Odwracam się nieco zbyt ostentacyjnie w stronę
tablicy. Ten typ osobowości potrafi wywołać sztorm nawet na
spokojnym jeziorze moich przekonań. Nie mam zamiaru się z nią
spoufalać, zwłaszcza teraz, gdy siedzę za sterami skradzionego mi
niegdyś okrętu z własnym życiem na pokładzie. Kątem oka widzę
fiołkowe tęczówki Agnes wyrażające niemą groźbę. Cała ta
kremowa sala wyłożona błyszczącą tapetą przypominającą zeszyt
zapisany mało czytelnym pismem gęsiego pióra nagle przestaje mnie
irytować swoim nachalnym pozytywizmem.
Tryskające sztuczną energią ściany faktycznie zaczynają
przelewać na mnie swój wątpliwy, ale jednak optymizm. Jestem
integralną częścią tego świata, kawałkiem szkła idealnie
wypełniającym przeznaczone mi miejsce. Do tej pory byłam okruchem
pękniętym na dwie części.
Dziś coś się zmieniło. Choć wiem, że Anda dalej tam jest i na
pewno spróbuje przejąć kontrolę, jestem spokojna. Zawsze ona
narzucała mi swoją wolę. Ona decydowała, kiedy mogę wejść.
Wykorzystywała mnie, by zdobyć dobre oceny na sprawdzianie lub
uniknąć rozmowy prosto w oczy. Bywały dni, że nie wypuszczała
mnie w ogóle, bo zwyczajnie nie byłam jej potrzebna. Zawsze
godziłam się na jej warunki, choć w głębi ducha czułam, że
powinnam mieć równe prawa. Dziś o nie zawalczyłam. I udało mi
się!
Nagle
czuję, że coś się zmienia. Serce łomocze mi w piersi, mam
wrażenie, że jeszcze chwila i rozsypię się na miliony
mikroskopijnych puzzli, których nie sposób będzie pozbierać.
Alex, Agnes, Sandra... Wszystkie te nowe, ledwo zaznajomione twarze
widzę bardzo wyraźnie, a jestem pewna, że nie spoglądam w ich
stronę... Kremowo-atramentowa klasa rozpływa się. Nic z niej nie
zostaje. Nie wiem, gdzie jestem – czy dalej siedzę w ławce? A
może dryfuję w próżni lata świetlne od szkoły? Moja
dezorientacja sięga zenitu. Nie potrafię rozróżnić pląsających
w dzikim tańcu kolorów, w których epicentrum się znajduję. Nie
mogę się poruszyć, mrugnąć czy nawet odetchnąć. Nie mam już
nawet pewności, czy istnieję. Wiem jedno – spadam. Nie mam
pojęcia, w jakim kierunku i czy nie jest on przypadkiem odwrotny do
matczynej grawitacji. Może spadam do nieba? Jeśli tak, to pragnę
tylko jednego – żeby wchłonęła mnie jakaś samotna czarna
dziura i zakończyła ten szaleńczy lot. Kolory gasną jeden po
drugim, jak lampki na choince. Odpływam w gęstą, chłodną czerń.
Rozdział 1: część I
Przeciągnęłam
wzrokiem po pełnej klasie. Sami frajerzy. Kilka dziewczynek ubranych
jakby właśnie urwały się z pokazów mody, kilku niechlujnie
wyglądających chłopaków... Gdzie ja trafiłam?
Mój
wzrok zatrzymał się na starszej kobiecie obok mnie. Na sobie miała
szkolny szary żakiet i stanowczo za krótką spódnicę, mimo że
sięgała jej za kolan. Zdążyłam się dowiedzieć, będzie nas
uczyć matematyki... Och, jak cudownie. Miałam ochotę usiąść w
ławce i nigdy stamtąd nie wychodzić. Każdy ten wymuszony
uśmieszek zarówno kobiety, jak i tych człowiekopodobnych przede
mną przyprawiał mnie o mdłości. A więc w tym właśnie
towarzystwie miałam spędzić kolejne trzy lata...
–
No już dobrze, dobrze, siadaj dziecko, bo mi lekcję zabierasz.
Wracamy do tematu, już piętnaście minut nam upłynęło. –
Matematyczka odpędziła mnie ręką od tablicy i wskazała jedyne
wolne miejsce w klasie.
Przełknęłam
z trudem to powitanie i ruszyłam w stronę chłopaka o czarnych
włosach z niebieskimi końcówkami. Wyglądał dziwnie, zważając
na to, że... no, że był chłopakiem, a farbowanie włosów nie
należy do ulubionych męskich zajęć. Chyba że mam jakieś braki w
edukacji...? Nie odezwał się słowem, ba, nawet się nie ruszył,
kiedy usiadłam obok.
Od
tablicy dochodził jednostajny monolog starszej kobiety i pisk kredy,
kiedy skrobała na tablicy wykresy funkcji. Reszta klasy – tak jak
ja – nie okazywała oznak zainteresowania tematem. Zdecydowałam
się więc na mniejsze zło i rozejrzałam się po moich towarzyszach
niedoli.
Tak
jak uznałam na początku: klasa plastików, snobów i przyszłych
uzurpatorów. A ta przy tablicy nie była lepsza.
–
O której będzie dzwonek? – zapytałam najbliżej siedzącego
nieszczęśnika.
Chłopak
drgnął i przeniósł swoje szafirowe gały na mnie.
–
Co? – zapytał cicho.
–
Pytałam, o której jest dzwonek – wywróciłam oczami
zniecierpliwiona. Może nie jest szurnięty... Może po prostu coś
brał.
–
O, em... o pół do.
Po
tempie, w jakim załapał, o co go pytałam, stwierdziłam, że chyba
rzeczywiście jest pod wpływem.
Zegarek na ścianie z radosnym tykaniem sekundnika obwieścił
właśnie piętnaście po. Powstrzymałam przekleństwo. Piętnaście
minut!
–
Iluminutowa? – Po kolejnym „o” i „em” stwierdził, że
pięcio.
Pod
oknem siedziała dziewczyna równie zachwycona lekcją co ja.
Uśmiechnęła się, zauważając, że spoglądam w jej stronę, a ja
odpowiedziałam tym samym. Powiedziała coś bezgłośnie, ale nie
zrozumiałam co. Jej głęboko turkusowe oczy lekko błyszczały w
przyćmionym świetle jarzeniówek. Wydawały się jedynym normalnym
elementem tej całej dusznej klasy, w której cuchnęło tylko
potem.
Cała nudna lekcja upłynęła
mi na rozmyślaniu o tym, co z tą klasą jest nie tak. Miałam
nadzieję, że chociaż dziewczyna spod okna okaże się w miarę
znośna, bo pan Przymulony nie zrobił na mnie dobrego wrażenia.
Zresztą jak cała klasa. Dzwonek wyrwał mnie z otępienia w
momencie, gdy odpływałam od funkcji już na dobre.
Nareszcie
mogłam się przewietrzyć.
Przechadzając
się po oświetlonym dziesiątkami drobnych żarówek korytarzu,
zastanawiam się, jak bardzo skrzywdzony musiał być architekt
projektujący te wnętrza. Klasy są planem z Alicji w Krainie
Czarów, korytarz nadaje się wręcz na noc poślubną.
Ekspresjonistyczna wizja artysty gnębionego w czasach szkolnych. Po
głębszym zastanowieniu mogę nawet dopatrzeć się na granatowym
suficie brzęczących od przepływającego prądu konstelacji.
Kruszący się jasnoszarą poświatą Wielki Wóz. Mrugająca ciemnym
okiem Mała Niedźwiedzica. Piękne na swój własny przygnębiający
sposób. Stawiam krok za krokiem z głową zadartą do góry i czuję
na skórze czyjś wzrok. Powoli odwracam się, by poznać winowajcę
tego krępującego uczucia, i widzę wysokiego chłopaka o głębokich
szafirowych oczach. Sądząc po pierwszym wrażeniu, to introwertyk.
Plus dla niego. Uważam, że ludzie powinni ukrywać swoje cechy.
Taki zapakowany prezent. Kiedy kogoś bliżej poznajesz, odnajdujesz
kolorowe tasiemki pełne niespodzianek zarówno dobrych, jak i
złych.
Kiedy zobaczysz kolorystykę człowieka, sprawdzisz czy pasuje do
twojej. Czy jesteś w stanie zaakceptować nawet te w nieładzie
poplątane szare matowe i lekko poprute kordonki.
Jeśli w twojej obecności kolejne wstążki odpadają, możesz też
odsłaniać własne. Gdy dojdzie do momentu, że będą już tylko
puste wieczka, otwórzcie je na raz. Waszym oczom ukarze się barwne
wnętrze osnute tajemnicą.
Tajemnicą ośmiu znaków. Przyjaźń.
Unoszę
jeden kącik ust. Tak robię zawsze w krępującej sytuacji.
–
Kto przeprowadza się w połowie października do nowego liceum? –
niespodziewanie się odezwał. Nie znoszę, gdy ktoś kieruje do mnie
pytania retoryczne. Nigdy nie wiem, czy i jak zareagować.
–
Cześć, jestem A… – zaczynam, ale on nie daje mi skończyć.
–
Alex.
Uśmiecham
się już całkiem. Jest trochę niezręcznie, ale dochodzę do
wniosku, że nie tylko ja mam problem z rozmową. Nie jestem aż tak
wybitnie asocjalna, jak mi się zdawało. Chwila milczenia dłuży
się w nieskończoność. Uznaję więc pogawędkę za skończoną.
Spoglądam na mocno zużyty sztuczny firmament i staram się policzyć
wypalone żarówki. Słyszę jeszcze obok siebie
–
Sandra też się przeniosła...
Czy
powiedział to Alex, czy kto inny, nie wiem. Z jakiegoś powodu słowa
rozbrzmiewają w mojej głowie.
Turkusowooka
to Agnes – typ unormalizujacego gimbusa.
Nie za dużo, nie za mało – w sam raz dla pedofila. Malowane
rzęsy, lekko kręcone blond włosy do ramion… Ładna dziewczyna.
Miejmy nadzieje, że równie ładna w środku jak na zewnątrz.
Od
czasu owej namiastki rozmowy ukradkiem przyglądam się Sandrze. To
typ ostentacyjnego buntownika. Przynajmniej tyle udało mi się
zaobserwować. Intensywnie różowe włosy idealnie komponują się z
jej jasną cerą. Może zbyt wyzywający wygląd – trochę mniej
łańcuchów i byłoby bardziej dziewczęco. Jej delikatna uroda
przywodzi na myśl jedną z leśnych istot z ludowych baśni.
Kolorowe włosy tylko potęgują efekt. Cała ta „ciężka”
otoczka zdaje się ją przygniatać. Drobna Sandra jest wręcz
stworzona do noszenia sukienek. Może po prostu nie potrafi tego
dostrzec…? To jedna z dwóch najbardziej ekstrawertycznych
osób, jakie miałam okazję poznać w życiu. O tej pierwszej
usilnie staram się nie myśleć.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Prolog
Świat maluje się dzisiaj w wyjątkowo chandrogennych barwach. Z taką myślą
naciskam klamkę i moim oczom ukazuje się najbardziej pstrokate miejsce w jakim
udało mi się znaleźć przez te marne szesnaście lat życia. Ściany wręcz zionęły
chemiczną, sztucznie zaimpregnowaną ekspresją, która w domyśle ma wywołać u
odbiorcy taki sam sztucznie zaimpregnowany entuzjazm. Efekt jest taki, że
pomarańczowe i niebieskie trójkąty osaczają cię w epicentrum przyklejonych
uśmiechów wybielonych najnowszą pastą z reklamy. Tylko oczy mówią prawdę o
człowieku. To jedyny element wizualnej układanki, który jest bezpośrednim łącznikiem z
duszą. Nawet najdoskonalsze maski mają otwory na oczy. Potrafię wyczytać z nich
wszystko, każdy cień emocji. Fascynują mnie ich kształty i kolory - albinoskie,
azjatyckie, heterochromiczne... Choć się różnią, przekazują te same
uczucia. Radość. Miłość. Rozczarowanie. Strach. Ból... Jeśli oczy nie
wyrażają żadnych emocji, to znaczy, że ich właściciel dawno utracił człowieczeństwo. Teraz
widzę dziesiątki par skupionych na mnie. Okropne uczucie, kiedy to inni analizują
ciebie. Doszukują się błędu, by zaszufladkować cię niżej niż samych siebie.
Każde świdrujące mnie spojrzenie odczuwam na swojej skórze. Kiedy więcej niż
dziesięć twarzy skierowanych jest w moim kierunku odczuwam to prawie jak realny
fizyczny ból. On mnie przygniata. Cała ta sytuacja , która nagle spadła na moje
nieprzygotowane ramiona, miażdży mnie swoim ciężarem. Chcę wybiec z tej
pomarańczowo - niebieskiej klasy i znaleźć się w jakimś ciasnym, szczelnie
zamkniętym pomieszczeniu. Chcę móc oprzeć ręce na przeciwległych ścianach i
napawając się ich chłodem, uspokoić galopujące serce. Muszę zrobić cokolwiek,
byle nie trwać w takim dziwnym krępującym zawieszeniu. Chcę się cofnąć, ale
stopy już dawno odmówiły mi posłuszeństwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)