poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 2: część II

Już rozumiem... Nie czuję bólu, bo nie jest realny. Nie odbieram impulsów z własnego ciała, bo w nim nie jestem. Wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Dziewczyna, którą widziałam na początku, to ja. Prawdziwa ja – Ami. Nigdy nie przypuszczałam, że tak może wyglądać odbicie mojej duszy. Widziałam każdego dnia w lustrze Amandę Samos, lecz nie samą siebie. Amanda to dwie osoby zamknięte w jednej. Ten świat musi być częścią mojej wyobraźni. To miejsce, w którym egzystuję ja sama. Bez Andy. Skoro to mój umysł, to przywołanie drzwi chyba nie powinno być problemem? Biorę głęboki wdech i zamykam oczy. W skupieniu staram się nakreślić dokładny obraz małej furtki. Jest fioletowoniebieska, jak moje nowo odkryte pasemka, i ma mosiężne zawiasy. Pięknie zdobiona klamka wykończona ornamentem chińskiego smoka pieczętuje moje mentalne dzieło. Nagle mam wrażenie, że obrazek z moich myśli samodzielnie się wyostrza. Tu i tam widzę cienie i drobne struktury, których sama nie stworzyłam. Bije od niego taka energia, jak od promieniujących życiem ścian. Otwieram oczy i pociągam za klamkę.

Czułam, jak frustracja wypełnia mi umysł, jak mnie zaślepia, jak odbiera mi zdrowe zmysły. Wtedy nie wytrzymałam i zaczęłam wrzeszczeć. Sama nie wiedziałam co. Po prostu krzyczałam, próbując się nie rozpłakać. Złość i żal. Wydzierałam się w tę pustkę, pokazując jej wszystkie swoje wonty do świata, w szczególności do Ami. Bo to przecież ona mnie w to wpakowała! Ona zaczęła walczyć, zaczęła się stawiać. Gdyby nie ona, nie doszło by do tego!

Puszczam klamkę i odskakuję jak oparzona. Impuls, który przed chwilą poczułam, dalej rozchodzi się po całym moim ciele i boleśnie przeszywa wszystkie jego komórki. To oznacza, że jest realny. Mam jednak wątpliwości – w końcu sygnały ze świata zewnętrznego do tej pory tutaj nie dochodziły. Moje myśli gonią jak zagubione pszczoły wygnane z rodzinnego ula. Ściany rozbłyskują mieszaniną kolorów, bo już wiem, co powinnam zrobić.
Kiedy stałam na środku klasy, zapragnęłam być sama. Przejąć całkowitą kontrolę. Nigdy już nie wypuścić Andy. Marzyłam o tym za każdym razem, kiedy zamykała mnie w swoich sidłach, kiedy szpony jej umysłu trzymały mój w ryzach i nie wypuszczały przez długie tygodnie. Gdy byłam obserwatorem tego pięknego świata i chłonęłam każdy szczegół, bo wiedziałam, że to nie potrwa długo, że znowu będę trwała w stanie podobnym do snu, w którym mam do dyspozycji tylko własną wyobraźnię, że znowu wena podszepnie mi pomysł na wiersz, którego nie będę mogła spisać. Nigdy jednak nie spróbowałam się bronić, nie mówiąc nawet o ataku. Aż do tamtej chwili. Tamten dzień był inny. Dochodziły do mnie fragmenty rozmów Andy, co wcześniej się nie zdarzało. Krótkie, ale wystarczyły, by rozbudzić moją nadzieję. W pewnym momencie czara długo tamowanej goryczy się przelała i zaczęłam walczyć. Popełniłam jednak błąd. Usidliłam ją zbyt głęboko, dlatego sama zniknęłam. Tylko dlaczego? Sporym niedomówieniem byłoby stwierdzenie, że Anda nie stara się być specjalnie delikatna. Mimo to nigdy nie doszło do czegoś podobnego. Nigdy. Coś poszło źle i muszę dowiedzieć się co, zanim nieświadomie zrobię coś jeszcze gorszego. Ale najpierw muszę ją znaleźć!
Wyrzucam z głowy wszystkie myśli, by być w stanie podobnym do przebudzenia z długiego snu. Nietrudno mi przywołać to uczucie. Dzieje się tak zawsze, gdy zamieniamy się z Andą miejscami. I oto jest. Moje odbicie stoi naprzeciwko mnie, jakby nie zniknęło całe wieki temu. Albo minuty – ciężko tu oszacować czas. Teraz najważniejsze jest jednak skupienie. Powoli w miejsce czarnych loków pojawiają się proste, lekko nastroszone, ognistorude włosy. Ich długość sięga za łopatki, a każdy kosmyk jest ostro ścięty. Zza ukośnej grzywki patrzą na mnie jasnozielone oczy. Rysy twarzy mamy identyczne, choć u Andy gości jej wiecznie niezadowolona mina. Zawsze tak ją sobie wyobrażałam, a teraz stoimy naprzeciw siebie – siostrzane odbicia. Przykładam rękę do gładkiej powierzchni lustra, która faluje pod moim dotykiem. Ja i Anda, niczym dwie realne postaci stykamy się palcami. To tak dziwne uczucie, że chcę je jak najszybciej zakończyć. Robię duży krok w stronę falującej powierzchni i postaci stojącej po drugiej stronie.

***

Następnego dnia miał być test z majcy. Niby się uczyłam, ale po wydarzeniach z poprzedniego dnia trudno było mi się pozbierać. Przynajmniej ta głupia Ami się nie odzywała. Nie wiedziałam, gdzie się podziała, i bynajmniej mnie to nie obchodziło. Klasa zachowywała się dziwnie i traktowali mnie trochę jak odmieńca, ale to normalne u takich łosiów. Miałam pełną kontrolę. Odkąd się obudziłam, ta żmija ani razu nie weszła mi w drogę. Nawet nie pisnęła słówka, gdy ,,przypadkiem” zniszczyłam jeden z jej ręcznie pisanych autorskich wierszy. Wylałam na niego kubek kawy. Zdarza się. Miałam pełną kontrolę i nikt nie mógł mi już kazać biec jak kretynce w ciemność. Zdałam sprawdzian na trójkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz