Otwieram zaciśnięte powieki.
Miejsce, w którym jestem, ciężko nazwać rzeczywistością. Wciąż
kręci mi się w głowie, a każda myśl dochodzi do mnie z oddali,
jakby docierały do mnie jedynie cienie mojej osoby. Podnoszę
zamglony wzrok i przede mną ukazuje się samotna postać.
Dziewczyna. Czy to ja? Twarz o porcelanowej cerze okalają długie
granatowo-czarne loki. Gdy przyglądam się tej fryzurze uważniej,
widzę gdzieniegdzie cieniutkie fioletowoniebieskie pasemka
eksponujące taki właśnie kolor tęczówek. Ja… Ja tak nie
wyglądam. Dziewczyna przede mną ma identyczne rysy twarzy, ale moje
włosy i oczy są brązowe... Prawda? Nerwowo dotykam pukla
opadającego na moje ramię i uważnie spoglądam na niego. Na jasnej
dłoni wyraźnie odznacza się czarna smuga, kolorem przypominająca
kruka z ilustracji w wielkiej księdze, którą musiałam kiedyś
kartkować. Chwileczkę! Książka, ilustracja... Strzępy
informacji, do których mam dostęp, łapię jak ulotne nitki babiego
lata i trzymam się ich kurczowo, by i tego nie stracić. Nazywam się
Amanda Samos. Mam szesnaście lat. Mieszkam
w Danlore... To wszystko. A raczej cała reszta jest pustką,
przestrzenią, niebytem. Gdy rozglądam się dookoła, przekonuję
się, że postać- odbicie zniknęła. Ciemna powierzchnia przede mną
zdawała się dusić w sobie kolory. Jakby skrywała jakiś sekret
czy informację, której nikt nie potrafi wydobyć. Musi ukazać ją
sama. Gdy pojawia się na niej pierwszy jasny punkcik, z dna mojej
pamięci wynurza się wspomnienie. Momentalnie powierzchnia zmienia
swoją barwę na ciemnoszarą. Ściana jest żałośnie odrapana, a
mnie zalewa uczucie smutku, bólu i straty.
Nie mogłam otworzyć oczu. Nie
miałam pojęcia, czy leżałam w karetce czy już na cmentarzu. Ale
jeśli okazałoby się, że jednak to drugie, z całą pewnością
byłaby to wina tej małpy. Ta cała Ami… jak ona w ogóle śmiała!?
Co ona sobie wyobrażała? Nie myślała. Ona w ogóle nie myślała.
Zresztą jak zwykle. Próbowałam się podnieść, próbowałam
zrobić cokolwiek, by udowodnić sobie, że ciągle żyję, ale po
kilku minutach, które równie dobrze mogły być nieskończonością
– odpuściłam.
Wspomnienia bombardują mnie niczym
pociski, a ja, przykładając dłonie do twarzy, próbuję utrzymać
się na nogach. Bezskutecznie. Opadam ciężko na kolana i biorę
kilka głębokich wdechów, by się uspokoić. Cokolwiek stało się
dzisiaj w klasie, miało związek ze mną i Andą. Na samą myśl, co
może się teraz dziać w szkole, robi mi się niedobrze. Wszystko
przeze mnie. Gdybym tylko siedziała cicho... Nie, nie mam czasu się
teraz zastanawiać: „co by było, gdyby”. Muszę znaleźć
wyjście. Wyjście z tego… no właśnie, co to jest? Dopiero teraz
uświadamiam sobie, że stoję na środku korytarza. Na tyle
wąskiego, że gdy rozkładam ramiona, dotykam łokciami równoległych
ścian. Niestety, nie potrafię zlokalizować wyjścia. Ale musi
gdzieś być! Ruszam biegiem i nie zważam na otarcia na rękach
pojawiające się za każdym razem, gdy zanadto zbliżam się do
ścian. Otaczające mnie wzory w najbardziej energetycznych
odcieniach złotego i pomarańczu zdają się podzielać mój zapał.
Nienawidziłam jej. Nienawidziłam
od samego początku. Wiedziałam, że doprowadzi nas do czegoś…
Sama nie wiedziałam, co to do cholery było. Jakaś pieprzona
pustka, w której się znalazłam, bez niczego co zasługiwałoby na
określenie „normalne”. Chciałam tylko znaleźć tą dziewuchę
i wygarnąć jej wszystko prosto w twarz. Nie mogłam pozbyć się
myśli, że ona wpakowała nas w to celowo. I wtedy zaczęłam biec.
Nie. Wtedy uświadomiłam sobie, że biegnę. Nie widziałam nic
przed sobą, więc zmierzałam w nicość. Najdziwniejsze w tym
wszystkim było to, że nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Po
prostu biegłam jak idiotka gdzieś przed siebie. Miałam nadzieję,
że jest jakiś cel, że coś tam będzie. Najwyraźniej ktoś
wiedział lepiej ode mnie. I miałam pewne przypuszczenia, kto to
mógł być.
Zatrzymuję
się. To bezcelowe. Nie mam poczucia czasu, ale wydaje mi się, że
biegnę straszliwie długo. Zdecydowanie zbyt długo. Miejsce, w
którym się znajduję, jest nieprzeniknione. Równie dobrze mogłabym
przebiec kilometry i nie ruszyć się z miejsca. Jedyną różnicą,
jaką potrafię zauważyć, są ściany, ale one od samego początku
żyły własnym życiem. Tym razem wyblakły, jakby cały zapał się
z nich ulotnił. To idealny obraz mojego wnętrza. Jestem jak mały
różowy balonik wypełniony dobrymi chęciami, który ktoś
przemalował markerem na czarno i przebił zdeptaną pinezką. Dalszy
bieg nie ma najmniejszego sensu. Opieram się o chłodną, wyblakłą
powierzchnię. Dziwi mnie, że potrafię odczuć chłód, w
przeciwieństwie do bólu i zmęczenia. Po tak długim biegu nie mam
nawet zadyszki. Moje łokcie przedstawiają bardzo przykry widok.
Wstrząsa mną dreszcz, lecz dalej czuję się tak, jakbym nie była
nawet draśnięta. Jakby te skrwawione manifesty nieuwagi należały
do kogoś innego.
Zatrzymałam się. W końcu! Boże,
ileż można biec bez celu prosto w czarną dziurę? Czy ta cała Ami
do reszty zdurniała, czy tak ma od samego początku? To było nie do
wytrzymania. Nie mogło do mnie dotrzeć, że od kogoś byłam
zależna. Zawsze starałam się być samodzielna, nie patrzeć na to,
co mówią mi inni i co mi doradzają. Byłam zmęczona. Siadłam na
tym czymś, czego nie można było nazwać ziemią i westchnęłam.
Co to do cholery było? Miałam dość. Miałam stanowczo dość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz