poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 2: część I

Otwieram zaciśnięte powieki. Miejsce, w którym jestem, ciężko nazwać rzeczywistością. Wciąż kręci mi się w głowie, a każda myśl dochodzi do mnie z oddali, jakby docierały do mnie jedynie cienie mojej osoby. Podnoszę zamglony wzrok i przede mną ukazuje się samotna postać. Dziewczyna. Czy to ja? Twarz o porcelanowej cerze okalają długie granatowo-czarne loki. Gdy przyglądam się tej fryzurze uważniej, widzę gdzieniegdzie cieniutkie fioletowoniebieskie pasemka eksponujące taki właśnie kolor tęczówek. Ja… Ja tak nie wyglądam. Dziewczyna przede mną ma identyczne rysy twarzy, ale moje włosy i oczy są brązowe... Prawda? Nerwowo dotykam pukla opadającego na moje ramię i uważnie spoglądam na niego. Na jasnej dłoni wyraźnie odznacza się czarna smuga, kolorem przypominająca kruka z ilustracji w wielkiej księdze, którą musiałam kiedyś kartkować. Chwileczkę! Książka, ilustracja... Strzępy informacji, do których mam dostęp, łapię jak ulotne nitki babiego lata i trzymam się ich kurczowo, by i tego nie stracić. Nazywam się Amanda Samos. Mam szesnaście lat. Mieszkam w Danlore... To wszystko. A raczej cała reszta jest pustką, przestrzenią, niebytem. Gdy rozglądam się dookoła, przekonuję się, że postać- odbicie zniknęła. Ciemna powierzchnia przede mną zdawała się dusić w sobie kolory. Jakby skrywała jakiś sekret czy informację, której nikt nie potrafi wydobyć. Musi ukazać ją sama. Gdy pojawia się na niej pierwszy jasny punkcik, z dna mojej pamięci wynurza się wspomnienie. Momentalnie powierzchnia zmienia swoją barwę na ciemnoszarą. Ściana jest żałośnie odrapana, a mnie zalewa uczucie smutku, bólu i straty.

Nie mogłam otworzyć oczu. Nie miałam pojęcia, czy leżałam w karetce czy już na cmentarzu. Ale jeśli okazałoby się, że jednak to drugie, z całą pewnością byłaby to wina tej małpy. Ta cała Ami… jak ona w ogóle śmiała!? Co ona sobie wyobrażała? Nie myślała. Ona w ogóle nie myślała. Zresztą jak zwykle. Próbowałam się podnieść, próbowałam zrobić cokolwiek, by udowodnić sobie, że ciągle żyję, ale po kilku minutach, które równie dobrze mogły być nieskończonością – odpuściłam.

Wspomnienia bombardują mnie niczym pociski, a ja, przykładając dłonie do twarzy, próbuję utrzymać się na nogach. Bezskutecznie. Opadam ciężko na kolana i biorę kilka głębokich wdechów, by się uspokoić. Cokolwiek stało się dzisiaj w klasie, miało związek ze mną i Andą. Na samą myśl, co może się teraz dziać w szkole, robi mi się niedobrze. Wszystko przeze mnie. Gdybym tylko siedziała cicho... Nie, nie mam czasu się teraz zastanawiać: „co by było, gdyby”. Muszę znaleźć wyjście. Wyjście z tego… no właśnie, co to jest? Dopiero teraz uświadamiam sobie, że stoję na środku korytarza. Na tyle wąskiego, że gdy rozkładam ramiona, dotykam łokciami równoległych ścian. Niestety, nie potrafię zlokalizować wyjścia. Ale musi gdzieś być! Ruszam biegiem i nie zważam na otarcia na rękach pojawiające się za każdym razem, gdy zanadto zbliżam się do ścian. Otaczające mnie wzory w najbardziej energetycznych odcieniach złotego i pomarańczu zdają się podzielać mój zapał.

Nienawidziłam jej. Nienawidziłam od samego początku. Wiedziałam, że doprowadzi nas do czegoś… Sama nie wiedziałam, co to do cholery było. Jakaś pieprzona pustka, w której się znalazłam, bez niczego co zasługiwałoby na określenie „normalne”. Chciałam tylko znaleźć tą dziewuchę i wygarnąć jej wszystko prosto w twarz. Nie mogłam pozbyć się myśli, że ona wpakowała nas w to celowo. I wtedy zaczęłam biec. Nie. Wtedy uświadomiłam sobie, że biegnę. Nie widziałam nic przed sobą, więc zmierzałam w nicość. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Po prostu biegłam jak idiotka gdzieś przed siebie. Miałam nadzieję, że jest jakiś cel, że coś tam będzie. Najwyraźniej ktoś wiedział lepiej ode mnie. I miałam pewne przypuszczenia, kto to mógł być.

Zatrzymuję się. To bezcelowe. Nie mam poczucia czasu, ale wydaje mi się, że biegnę straszliwie długo. Zdecydowanie zbyt długo. Miejsce, w którym się znajduję, jest nieprzeniknione. Równie dobrze mogłabym przebiec kilometry i nie ruszyć się z miejsca. Jedyną różnicą, jaką potrafię zauważyć, są ściany, ale one od samego początku żyły własnym życiem. Tym razem wyblakły, jakby cały zapał się z nich ulotnił. To idealny obraz mojego wnętrza. Jestem jak mały różowy balonik wypełniony dobrymi chęciami, który ktoś przemalował markerem na czarno i przebił zdeptaną pinezką. Dalszy bieg nie ma najmniejszego sensu. Opieram się o chłodną, wyblakłą powierzchnię. Dziwi mnie, że potrafię odczuć chłód, w przeciwieństwie do bólu i zmęczenia. Po tak długim biegu nie mam nawet zadyszki. Moje łokcie przedstawiają bardzo przykry widok. Wstrząsa mną dreszcz, lecz dalej czuję się tak, jakbym nie była nawet draśnięta. Jakby te skrwawione manifesty nieuwagi należały do kogoś innego.


Zatrzymałam się. W końcu! Boże, ileż można biec bez celu prosto w czarną dziurę? Czy ta cała Ami do reszty zdurniała, czy tak ma od samego początku? To było nie do wytrzymania. Nie mogło do mnie dotrzeć, że od kogoś byłam zależna. Zawsze starałam się być samodzielna, nie patrzeć na to, co mówią mi inni i co mi doradzają. Byłam zmęczona. Siadłam na tym czymś, czego nie można było nazwać ziemią i westchnęłam. Co to do cholery było? Miałam dość. Miałam stanowczo dość. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz