wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 1: część II

Kolejna lekcja to godzina wychowawcza. Ktoś, nie powiem kto, wpadł na cudowny pomysł zadawania pytań nowym. Coś jak dręczenie żółtodziobów w wojsku, tyle że ta masakra miała się odbyć w szkole. Nasza wychowawczyni pozostawiała wiele do życzenia. Była młoda i wyglądała, jakby była w siódmym niebie. To ona najgłośniej zachwalała pomysł pytań. Ubrana w brązową spódnicę kojarzyła mi się walniętą artystką. Wszyscy napisali pytania na karteczkach i wrzucili do pudełka. Razem z drugą nową miałyśmy je losować. Chociaż tyle – jak już się miałam upokarzać, to przynajmniej w towarzystwie. Losowałyśmy po trzy pytania. Tylko trzy... Musiałam dać radę!

– Losujemy pytania! Sandra pierwsza.
Budzę się z dziwnego transu. Dlaczego właśnie teraz? Patrzę, jak różowowłosa odpowiada na niezręczne pytanie i stwierdzam, że radzi sobie świetnie. Nic jej nie zaskakuje, jej odpowiedź rozluźnia atmosferę. Umiejętność swobodnej komunikacji to jednak zaleta... Kolory mieszają mi się przed oczami. Znowu...

,,Pamiętasz jakieś krępujące sytuacje, w których się znalazłaś?” –brzmiało pierwsze pytanie.
– Ech... – westchnęłam – czy naprawdę muszę? – spytałam nauczycielki, ale ona pokiwała głową z entuzjazmem godnym najwierniejszego fana footballu. – Nooo więc... kiedyś, jak byłam mała… nie pamiętam, ile miałam lat, może sześć... zgubiłam górę od kostiumu kąpielowego na basenie i...
Na sali rozległ się chichot, a zaraz potem klasa ryknęła śmiechem.

Chwileczkę... Wspomnienie wyłania się z oceanu mgły. To była moja pierwsza próba zjechania samodzielnie z największej zjeżdżalni. Pamiętam, kiedy stałam na szczycie, a za sobą widziałam setki krętych schodków. Ogarnął mnie wtedy strach, chciałam wrócić, ale stopnie były tak śliskie i strome… Zamknęłam oczy i przywołałam w myślach zapach perfum mamy, smak bułeczek cynamonowych i melodię z mojej porcelanowej tancerki. Codziennie rano nakręcałam ją małym kluczykiem, który nosiłam na szyi. Zupełnie o nim zapomniałam... Zdjęłam go i oplotłam ciasno wokół ręki. Zacisnęłam pięści, aż poczułam wbijające się paznokcie. Zdenerwowanie mnie opuściło. Pierwszy raz w życiu przezwyciężyłam strach. To wspomnienie jest dla mnie tak pozytywne, że ograniczenie go do rozwiązanego stroju kąpielowego to degradowanie go do wakacyjnego przypadku. Nikt mnie wtedy nie zobaczył, zorientowałam się od razu i szybko zawiązałam trochę zbyt długie sznurki od stroju. Później często wspominałam mój pierwszy przełom. Tamto wydarzenie jest dla mnie bardzo ważne, takich rzeczy się nie opowiada pod publikę! To jak wyławianie małży z głębokiej zatoki tylko po to, żeby odrzucić wnętrze z perłą i zostawić żałosną odrapaną skorupkę. Mogła powiedzieć cokolwiek, ale nie to... Koniec. Przestaję się tylko przyglądać. Zaczynam walczyć o siebie. Jeśli się postaram, może uda mi się...

Nauczycielka zaczęła machać ręką na klasę, starając się uciszyć kolejną falę śmiechów po moim wyznaniu. To nie brzmiało najlepiej. Człekokształtni łaskawie się w końcu uciszyli, a ja odwróciłam się w stronę nauczycielki. Kręciło mi się w głowie. Chciałam już usiąść.

„Jaki jest twój ulubiony smak lodów?” – drugie pytanie wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech. Przypomina mi dzieciństwo. Wtedy miałam pełną kontrolę. Czułam się czasem jak samotny rozbitek na bezludnej wyspie, ale byłam szczęśliwa. Czas, który kojarzy mi się z jednym – słodkim jak lody w mojej ulubionej kawiarni – słowem: wolność.
–  Mali…

–  Waniliowe! – wydusiłam w końcu. Zaczęło mnie mdlić jeszcze bardziej. Co się znów ze mną działo? Byłam skrępowana. Stałam na środku klasy, a wydawało mi się, że jestem gdzieś indziej. Patrzyłam na tych ludzi i widziałam tylko rozmyte sylwetki. Nie chciałam tracić kontroli. Nie w taki sposób i nie wtedy. Tym razem nie pójdzie jej tak łatwo.
– Masz jakąś ksywkę? – Usłyszałam z końca klasy.

– Ami! – wydaję krótki, zduszony okrzyk. Nie poddam się, nie poddam, nie...

– Anda! – Klasa znów zaczęła ryczeć jak zwierzęta. Ale oni nie mieli pojęcia, co się ze mną działo! Głowa zdawała się cięższa niż była, powieki mi opadały, a to był dopiero początek listy. Dlaczego akurat mnie to spotykało!?
– Logiczne, Amando – powiedziała wychowawczyni, zamykając dziennik. Widać było, że też dusi śmiech.
Biorę duży haust powietrza i uśmiecham się. Wygrałam tą bitwę. Jestem sama. Choć fizycznie czuję się, jakby ktoś pomylił moją głowę z piłką do baseballa, moje ciało wypełniła pozytywna energia i radość czysta jak górski strumyk. Uczucie zwycięstwa mnie rozpiera. Zdobywam się na nieśmiały uśmiech i opowiadam o moim zamiłowaniu do teatru i literatury pięknej, by rozdmuchać swoimi słowami przygniatające nasze barki napięcie. Nigdy, przenigdy nie spodziewałabym się po sobie tak wartkiego potoku niewymuszonych słów. To jest teraz dla mnie tak proste, jak kiwnięcie palcem wskazującym. Owa dziwna euforia, która ogarnęła mnie po zdominowaniu Andy, prowadzi mnie płynnym, wręcz tanecznym krokiem do ławki, z której cały czas obserwował mnie osłupiały Alex. Puszczam oczko do Sandry i spoglądam w stronę Agnes. Posyła mi całuska w powietrzu. Odwracam się nieco zbyt ostentacyjnie w stronę tablicy. Ten typ osobowości potrafi wywołać sztorm nawet na spokojnym jeziorze moich przekonań. Nie mam zamiaru się z nią spoufalać, zwłaszcza teraz, gdy siedzę za sterami skradzionego mi niegdyś okrętu z własnym życiem na pokładzie. Kątem oka widzę fiołkowe tęczówki Agnes wyrażające niemą groźbę. Cała ta kremowa sala wyłożona błyszczącą tapetą przypominającą zeszyt zapisany mało czytelnym pismem gęsiego pióra nagle przestaje mnie irytować swoim nachalnym pozytywizmem. Tryskające sztuczną energią ściany faktycznie zaczynają przelewać na mnie swój wątpliwy, ale jednak optymizm. Jestem integralną częścią tego świata, kawałkiem szkła idealnie wypełniającym przeznaczone mi miejsce. Do tej pory byłam okruchem pękniętym na dwie części. Dziś coś się zmieniło. Choć wiem, że Anda dalej tam jest i na pewno spróbuje przejąć kontrolę, jestem spokojna. Zawsze ona narzucała mi swoją wolę. Ona decydowała, kiedy mogę wejść. Wykorzystywała mnie, by zdobyć dobre oceny na sprawdzianie lub uniknąć rozmowy prosto w oczy. Bywały dni, że nie wypuszczała mnie w ogóle, bo zwyczajnie nie byłam jej potrzebna. Zawsze godziłam się na jej warunki, choć w głębi ducha czułam, że powinnam mieć równe prawa. Dziś o nie zawalczyłam. I udało mi się!

Nagle czuję, że coś się zmienia. Serce łomocze mi w piersi, mam wrażenie, że jeszcze chwila i rozsypię się na miliony mikroskopijnych puzzli, których nie sposób będzie pozbierać. Alex, Agnes, Sandra... Wszystkie te nowe, ledwo zaznajomione twarze widzę bardzo wyraźnie, a jestem pewna, że nie spoglądam w ich stronę... Kremowo-atramentowa klasa rozpływa się. Nic z niej nie zostaje. Nie wiem, gdzie jestem – czy dalej siedzę w ławce? A może dryfuję w próżni lata świetlne od szkoły? Moja dezorientacja sięga zenitu. Nie potrafię rozróżnić pląsających w dzikim tańcu kolorów, w których epicentrum się znajduję. Nie mogę się poruszyć, mrugnąć czy nawet odetchnąć. Nie mam już nawet pewności, czy istnieję. Wiem jedno – spadam. Nie mam pojęcia, w jakim kierunku i czy nie jest on przypadkiem odwrotny do matczynej grawitacji. Może spadam do nieba? Jeśli tak, to pragnę tylko jednego – żeby wchłonęła mnie jakaś samotna czarna dziura i zakończyła ten szaleńczy lot. Kolory gasną jeden po drugim, jak lampki na choince. Odpływam w gęstą, chłodną czerń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz