Kolejna
lekcja to godzina wychowawcza. Ktoś, nie powiem kto, wpadł na
cudowny pomysł zadawania pytań nowym. Coś jak dręczenie
żółtodziobów w wojsku, tyle że ta masakra miała się odbyć w
szkole. Nasza wychowawczyni pozostawiała wiele do życzenia. Była
młoda i wyglądała, jakby była w siódmym niebie. To ona
najgłośniej zachwalała pomysł pytań. Ubrana w brązową spódnicę
kojarzyła mi się walniętą artystką.
Wszyscy napisali pytania na karteczkach i wrzucili do pudełka. Razem
z drugą nową miałyśmy je losować. Chociaż tyle – jak już się
miałam upokarzać, to przynajmniej w towarzystwie. Losowałyśmy po
trzy pytania. Tylko trzy... Musiałam dać radę!
–
Losujemy pytania! Sandra pierwsza.
Budzę
się z dziwnego transu. Dlaczego właśnie teraz? Patrzę, jak
różowowłosa odpowiada na niezręczne pytanie i stwierdzam, że
radzi sobie świetnie. Nic jej nie zaskakuje, jej odpowiedź
rozluźnia atmosferę. Umiejętność swobodnej komunikacji to jednak
zaleta... Kolory mieszają mi się przed oczami. Znowu...
,,Pamiętasz
jakieś krępujące sytuacje, w których się znalazłaś?”
–brzmiało pierwsze pytanie.
–
Ech... – westchnęłam – czy naprawdę muszę? – spytałam
nauczycielki, ale ona pokiwała głową z entuzjazmem godnym
najwierniejszego fana footballu. – Nooo więc... kiedyś, jak byłam
mała… nie pamiętam, ile miałam lat, może sześć... zgubiłam
górę od kostiumu kąpielowego na basenie i...
Na
sali rozległ się chichot, a zaraz potem klasa ryknęła śmiechem.
Chwileczkę...
Wspomnienie wyłania się z oceanu mgły. To była moja pierwsza
próba zjechania samodzielnie z największej zjeżdżalni. Pamiętam,
kiedy stałam na szczycie, a za sobą widziałam setki krętych
schodków. Ogarnął mnie wtedy strach, chciałam wrócić, ale
stopnie były tak śliskie i strome… Zamknęłam oczy i przywołałam
w myślach zapach perfum mamy, smak bułeczek cynamonowych i melodię
z mojej porcelanowej tancerki. Codziennie rano nakręcałam ją małym
kluczykiem, który nosiłam na szyi. Zupełnie o nim zapomniałam...
Zdjęłam go i oplotłam ciasno wokół ręki. Zacisnęłam pięści,
aż poczułam wbijające się paznokcie. Zdenerwowanie mnie opuściło.
Pierwszy raz w życiu przezwyciężyłam strach. To wspomnienie jest
dla mnie tak pozytywne, że ograniczenie go do rozwiązanego stroju
kąpielowego to degradowanie go do wakacyjnego przypadku. Nikt mnie
wtedy nie zobaczył, zorientowałam się od razu i szybko zawiązałam
trochę zbyt długie sznurki od stroju. Później często wspominałam
mój pierwszy przełom. Tamto wydarzenie jest dla mnie bardzo ważne,
takich rzeczy się nie opowiada pod publikę! To jak wyławianie
małży z głębokiej zatoki tylko po to, żeby odrzucić wnętrze z
perłą i zostawić żałosną odrapaną skorupkę. Mogła powiedzieć cokolwiek, ale nie to... Koniec. Przestaję się tylko
przyglądać. Zaczynam walczyć o siebie. Jeśli się postaram, może
uda mi się...
Nauczycielka
zaczęła machać ręką na klasę, starając się uciszyć kolejną
falę śmiechów po moim wyznaniu. To nie brzmiało najlepiej.
Człekokształtni łaskawie się w końcu uciszyli, a ja odwróciłam
się w stronę nauczycielki. Kręciło mi się w głowie. Chciałam
już usiąść.
„Jaki
jest twój ulubiony smak lodów?”
– drugie pytanie wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech.
Przypomina mi dzieciństwo. Wtedy miałam pełną kontrolę. Czułam
się czasem jak samotny rozbitek na bezludnej wyspie, ale byłam
szczęśliwa. Czas, który kojarzy mi się z jednym – słodkim jak
lody w mojej ulubionej kawiarni – słowem: wolność.
–
Mali…
–
Waniliowe! – wydusiłam w końcu. Zaczęło mnie mdlić
jeszcze bardziej. Co się znów ze mną działo? Byłam skrępowana.
Stałam na środku klasy, a wydawało mi się, że jestem gdzieś
indziej. Patrzyłam na tych ludzi i widziałam tylko rozmyte
sylwetki. Nie chciałam tracić kontroli. Nie w taki sposób i nie
wtedy. Tym razem nie pójdzie jej tak łatwo.
–
Masz jakąś ksywkę? – Usłyszałam z końca klasy.
–
Ami! – wydaję krótki, zduszony okrzyk. Nie poddam się, nie
poddam, nie...
–
Anda! – Klasa znów zaczęła ryczeć jak zwierzęta. Ale oni nie
mieli pojęcia, co się ze mną działo! Głowa zdawała się cięższa
niż była, powieki mi opadały, a to był dopiero początek listy.
Dlaczego akurat mnie to spotykało!?
–
Logiczne, Amando – powiedziała wychowawczyni, zamykając dziennik.
Widać było, że też dusi śmiech.
Biorę
duży haust powietrza i uśmiecham się. Wygrałam tą bitwę. Jestem
sama. Choć fizycznie czuję się, jakby ktoś pomylił moją głowę
z piłką do baseballa, moje ciało wypełniła pozytywna energia i
radość czysta jak górski strumyk. Uczucie zwycięstwa mnie
rozpiera. Zdobywam się na nieśmiały uśmiech i opowiadam o moim
zamiłowaniu do teatru i literatury pięknej, by rozdmuchać swoimi
słowami przygniatające nasze barki napięcie. Nigdy, przenigdy nie
spodziewałabym się po sobie tak wartkiego potoku niewymuszonych
słów. To jest teraz dla mnie tak proste, jak kiwnięcie palcem
wskazującym. Owa dziwna euforia, która ogarnęła mnie po
zdominowaniu Andy, prowadzi mnie płynnym, wręcz tanecznym krokiem
do ławki, z której cały czas obserwował mnie osłupiały Alex.
Puszczam oczko do Sandry i spoglądam w stronę Agnes. Posyła mi
całuska w powietrzu. Odwracam się nieco zbyt ostentacyjnie w stronę
tablicy. Ten typ osobowości potrafi wywołać sztorm nawet na
spokojnym jeziorze moich przekonań. Nie mam zamiaru się z nią
spoufalać, zwłaszcza teraz, gdy siedzę za sterami skradzionego mi
niegdyś okrętu z własnym życiem na pokładzie. Kątem oka widzę
fiołkowe tęczówki Agnes wyrażające niemą groźbę. Cała ta
kremowa sala wyłożona błyszczącą tapetą przypominającą zeszyt
zapisany mało czytelnym pismem gęsiego pióra nagle przestaje mnie
irytować swoim nachalnym pozytywizmem.
Tryskające sztuczną energią ściany faktycznie zaczynają
przelewać na mnie swój wątpliwy, ale jednak optymizm. Jestem
integralną częścią tego świata, kawałkiem szkła idealnie
wypełniającym przeznaczone mi miejsce. Do tej pory byłam okruchem
pękniętym na dwie części.
Dziś coś się zmieniło. Choć wiem, że Anda dalej tam jest i na
pewno spróbuje przejąć kontrolę, jestem spokojna. Zawsze ona
narzucała mi swoją wolę. Ona decydowała, kiedy mogę wejść.
Wykorzystywała mnie, by zdobyć dobre oceny na sprawdzianie lub
uniknąć rozmowy prosto w oczy. Bywały dni, że nie wypuszczała
mnie w ogóle, bo zwyczajnie nie byłam jej potrzebna. Zawsze
godziłam się na jej warunki, choć w głębi ducha czułam, że
powinnam mieć równe prawa. Dziś o nie zawalczyłam. I udało mi
się!
Nagle
czuję, że coś się zmienia. Serce łomocze mi w piersi, mam
wrażenie, że jeszcze chwila i rozsypię się na miliony
mikroskopijnych puzzli, których nie sposób będzie pozbierać.
Alex, Agnes, Sandra... Wszystkie te nowe, ledwo zaznajomione twarze
widzę bardzo wyraźnie, a jestem pewna, że nie spoglądam w ich
stronę... Kremowo-atramentowa klasa rozpływa się. Nic z niej nie
zostaje. Nie wiem, gdzie jestem – czy dalej siedzę w ławce? A
może dryfuję w próżni lata świetlne od szkoły? Moja
dezorientacja sięga zenitu. Nie potrafię rozróżnić pląsających
w dzikim tańcu kolorów, w których epicentrum się znajduję. Nie
mogę się poruszyć, mrugnąć czy nawet odetchnąć. Nie mam już
nawet pewności, czy istnieję. Wiem jedno – spadam. Nie mam
pojęcia, w jakim kierunku i czy nie jest on przypadkiem odwrotny do
matczynej grawitacji. Może spadam do nieba? Jeśli tak, to pragnę
tylko jednego – żeby wchłonęła mnie jakaś samotna czarna
dziura i zakończyła ten szaleńczy lot. Kolory gasną jeden po
drugim, jak lampki na choince. Odpływam w gęstą, chłodną czerń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz