Świat maluje się dzisiaj w wyjątkowo chandrogennych barwach. Z taką myślą
naciskam klamkę i moim oczom ukazuje się najbardziej pstrokate miejsce w jakim
udało mi się znaleźć przez te marne szesnaście lat życia. Ściany wręcz zionęły
chemiczną, sztucznie zaimpregnowaną ekspresją, która w domyśle ma wywołać u
odbiorcy taki sam sztucznie zaimpregnowany entuzjazm. Efekt jest taki, że
pomarańczowe i niebieskie trójkąty osaczają cię w epicentrum przyklejonych
uśmiechów wybielonych najnowszą pastą z reklamy. Tylko oczy mówią prawdę o
człowieku. To jedyny element wizualnej układanki, który jest bezpośrednim łącznikiem z
duszą. Nawet najdoskonalsze maski mają otwory na oczy. Potrafię wyczytać z nich
wszystko, każdy cień emocji. Fascynują mnie ich kształty i kolory - albinoskie,
azjatyckie, heterochromiczne... Choć się różnią, przekazują te same
uczucia. Radość. Miłość. Rozczarowanie. Strach. Ból... Jeśli oczy nie
wyrażają żadnych emocji, to znaczy, że ich właściciel dawno utracił człowieczeństwo. Teraz
widzę dziesiątki par skupionych na mnie. Okropne uczucie, kiedy to inni analizują
ciebie. Doszukują się błędu, by zaszufladkować cię niżej niż samych siebie.
Każde świdrujące mnie spojrzenie odczuwam na swojej skórze. Kiedy więcej niż
dziesięć twarzy skierowanych jest w moim kierunku odczuwam to prawie jak realny
fizyczny ból. On mnie przygniata. Cała ta sytuacja , która nagle spadła na moje
nieprzygotowane ramiona, miażdży mnie swoim ciężarem. Chcę wybiec z tej
pomarańczowo - niebieskiej klasy i znaleźć się w jakimś ciasnym, szczelnie
zamkniętym pomieszczeniu. Chcę móc oprzeć ręce na przeciwległych ścianach i
napawając się ich chłodem, uspokoić galopujące serce. Muszę zrobić cokolwiek,
byle nie trwać w takim dziwnym krępującym zawieszeniu. Chcę się cofnąć, ale
stopy już dawno odmówiły mi posłuszeństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz